piątek, 22 lutego 2013

Spring sunshine

Mimo zaśnieżonych chodników  i ujemnych temperatur, udało mi się uchwycić trochę słońca. Taka zapowiedź nadchodzącej wiosny. Sądzę, że wszyscy potrzebujemy tych kilku dodatkowych stopni za oknem i zieleni. Ja na pewno za tym tęsknię. 

Despite the snow-covered sidewalks and freezing temperatures, I managed to catch some sun. This is the preview of the coming spring. I think that we all need those few extra degrees and greenery outside the window. I'm definitely missing it.










phot. Weronika Dragan
sweater-Topshop, skirt-River Island

Ci, którzy śledzą najnowsze trendy i przynajmniej starają się wirtualnie uczestniczyć w obecnym fashion week'u powinni kojarzyć utwór. Paloma Faith z Burberry Prorsum.

Those who follow the latest trends and try to participate in the current fashion week at least through the Internet should recognize the song. Paloma Faith from Burberry Prorsum.


piątek, 15 lutego 2013

See sea in winter

Kilka widoków znad Bałtyku. Sopot zimą żyje odrobinę innym rytmem niż podczas letniego gorącego sezonu. Trochę spokojniejszym, bez gorących gofrów i bez tłumów turystów. Nie ma spacerów z zachodami słońca i piasku między palcami. Jak widać, jednak o każdej porze ma swój urok, wystarczy  spojrzeć na fotografie. Zaskakujące jest tylko, jak szybko można powrócić do codziennej rutyny. 

A few photographs from the Baltic. Everything in Sopot in winter happens at a liilte bit different pace than during the high-peak season. A little calmer, without hot waffles and the crowds of tourists. There are no walks with sunsets and no sand between your toes.  As you can see, however, at any time it has its own charm, just look at the photos. It is only surprising how quickly you can return to your daily routine.














phot. me & my mum

piątek, 28 grudnia 2012

Fading charm of Christmas

Można powiedzieć, że świąteczny czar prysnął. Przypomina nam o tym nawet odwilż za oknem. Zostały tylko zapasy w lodówkach, dekoracje na choinkach i tłumy ludzi wydających sprezentowaną gotówkę na wyprzedażach. Grudzień wprowadza wszystkich w stan takiego "świątecznego pośpiechu", by potem zatrzymać nas na chwilę wieczorem 24 grudnia. Wiadomo, że im jesteśmy starsi tym ten dzień staje się coraz mniej wyjątkowy. Staramy się pobudzić niezwykłą atmosferę błyszczącymi dekoracjami, korzennymi zapachami wypieków i dźwiękami kolęd. Jednak mimo najszczerszych starań, te 3 dni nigdy nie będą takie, jak w czasach dzieciństwa. Nie wiem, czy to wiara w Świętego Mikołaja i to niecierpliwe czekanie na niego, czy po prostu dziecięca wyobraźnia wytwarza ten magiczny nastrój. Prawda jest taka, że już nie wypatruję pierwszej gwiazdki, ale odkrywam tajniki polskiej kuchni, wyrabiając 20 minut ciasto na pierogi.  I wstyd się przyznać, ale nie wiem, co sprawia mi większą przyjemność.


The charm of Christmas has disappeared. Even the thaw outside the window reminds us of it. There are only leftovers in our refrigerators, decorations on Christmas trees and crowds of people spending the cash they receives as a present on sales left. December introduces this "Christmas rush" to our lifes in order to stop us for a while in the evening on December 24. We know that the older we become the less unique that day becomes. We strive to boost a unique atmosphere by glittering decorations, spicy smells of cakes and sounds of Christmas carols in our headphones. However, despite the sincerest efforts, these three days will never be the same as in childhood. I do not know if it's the belief in Santa Claus and the impatient waiting for him or just children's imagination creates this magical mood. The truth is that instead of looking out for the first star I was discovering the secrets of Polish cuisine by kneading dough for dumplings for 20 minutes. And I'm ashamed to admit it, but I do not know what gives me more pleasure.


















phot. Weronika Dragan
coat, scarf-Zara, hat-Asos

piątek, 14 grudnia 2012

Winter, just wait a little...

Już grudzień, ale ja nie będę się jeszcze rozpisywać na temat świątecznej atmosfery, świecących dekoracji i pogoni za idealnymi prezentami. Dla mnie na razie ten miesiąc to poszukiwania kurtki puchowej, butów , czapek i szalików. Wszystkiego, co pomoże mi przetrwać spadające temperatury  i polski przejściowy klimat. Są to chyba najmniej lubiane przeze mnie zakupowe przygody, bo niestety ale każde okrycie wierzchnie dodaje kilka kilogramów, nadaje kwadratowych kształtów i ogranicza ruchy. Brzmi trochę jak opis postaci z kreskówki, ale taka jest reczywistość-trzeba zrezygnować z dopasowanych i  podkreślających sylwetkę krojów, by nie wyczerpać całego zapasu aspiryny (ja już zdążyłam trochę go zmniejszyć). Mogę jednak stwierdzić, że z roku na rok sklepowy asortyment jest dla mnie coraz bardziej przychylny (albo po prostu staję się coraz mniej wymagająca). Skończę już moje narzekanie i głębokie przemyślenia. Na zdjęciach nie ma tego upragnionego przez większość śniegu, bo są jeszcze sprzed tygodnia i dlatego (od razu uprzedzę Wasze pytania) wytrzymałam te 10 minut bez szalika i płaszcza.  

It's already December, but I will not even dwell on the Christmas atmosphere, luminous decorations and looking for perfect gifts. For me so far this month is associated with searching for down-filled jacket, shoes, hats and scarves. Anything that will help me survive the falling temperatures and Polish transitional climate. These are probably the least adored by my shopping trips as , unfortunately, any outer covering adds a few pounds, gives the square shapes and restricts movement. It sounds like a description of a cartoon character, but that's reality-you have to give up well-matched and silhouette emphasizing tailoring, in order not to deplete aspirin supplies (I've already made it a little lower ). However, I can say that as the time goes by the shop range is for me more favourable (or simply I became less demanding). I'm done with my deep thoughts and complaining. Pictures were taken more than a week ago so thus there is no snow (desired by most) on them and I could stand being outside without a scarf and a coat.











phot. Weronika Dragan
jacket-River Island, trousers-Zara

piątek, 2 listopada 2012

London calling

Za każdym razem przepraszam, obiecuję i dlatego tym razem nie będę. Zagubiona wśród terminów, deadlin'ów, list i organizerów odkopałam zdjęcia z Londynu, czyli mojej ostatniej wakacyjnej wyprawy. Wniosek jest jeden-straciłam kontrolę nad czasem. To chyba jednak nic nowego, że doba jest za krótka, a wskazówki na zegarach mkną z prędkością światła. Za każdym razem jednak wierzę, że uda mi się to wszystko uporządkować i tym razem również jestem trochę niepoprawną optymistką, co raczej do mnie niepodobne. 

Wracając do Londynu-miasta odważnych stylizacji, Beatels'ów, Shakespear'a, zielonych zakątków, lunchy na trawie i rowerzystów (miłośników dwóch kółek jest tam teraz zatrzęsienie). Ja w tej metropolii spędziłam tydzień i mogę stwierdzić, że po takim czasie miasto trochę męczy. Ciągły pośpiech, godziny szczytu nawet ok.23-tak wygląda codzienność w brytyjskiej stolicy. Z drugiej strony, Londyn ma swój niepowtarzalny urok, szklane wieżowce i szeregi niby jednakowych, a jednak innych domów, z dużymi oknami, o których zawsze marzyłam we własnym pokoju, z pajęczyną linii metra (w której o dziwo się nie pogubiłam) i licznymi pub'ami, w których ok.18 można spotkać grupy mężczyzn z poluzowanymi krawatami i tym tak bardzo uwielbianym brytyjskim akcentem. Muszę też wspomnieć o ruchu lewostronnym, który trochę namieszał w moich europejskich przyzwyczajeniach i sprawiał, że przejście na drugą stronę ulicy stanowiło dla mnie jedno z trudniejszych zadań. Mogłabym jeszcze pisać o czarnych taksówkach, czerwonych budkach telefonicznych, zamkach, twierdzach i innych oklepanych klasykach kojarzonych z Londynem.  Ja prawie wszystkie te punkty z listy "musisz zobaczyć" odwiedziłam i teraz czekam na poznanie miasta z innej strony. Spacerów po galeriach, vintage shop'ach, lokalnych kawiarniach, mniej znanych dzielnicach. Zobaczyć wszystko we własnym tempie, z najnowszym numerem Vogue w torbie i papierowym kubkiem latte.


Every single time I start from apologies, promises and that's why this time I won't do this. Lost in deadline's, lists and agendas i found photos from London-my list trip during summer holidays. There is only one conclusion I've lost control of time. That's probably nothing new that day is too short and clock hands seem like running in the speed of sound. Nevertheless, every time I believe that I will manage to organize everything and now I am this incurable optimist which is unusual for me.

Back to the topic of London-city of daring style, The Beatles, Shakespeare, green corners, lunches on the grass and  cyclists (there is now an abundance of lovers of those two wheels). I spent in this metropolis one week and I can say after such time that the city is a little tiring. The constant rush and peak hours even about 11 p.m.-this is how day-to-day live in British captial looks like. On the other hand, London has its own unique charm, glass skyscrapers and terraced houses with those big windows that I've always dreamt of having in my own room, with multiple underground lines (where I surprisingly haven't got lost) and a number of pubs, at which around 6 p.m. you can meet men with loosened ties and this so much beloved British accent.  I also have to mention the left-hand traffic, which messed up a little with my European habits and made crossing the street one of the most difficult tasks for me. I might also write about the black taxis, red telephone boxes, castles, fortresses and other trite classics associated with London. I've visited almost all of the points from the list of "must see places" and now I'm waiting to get to know the city from a different side. Visiting the galleries, vintage shops, local cafes and lesser-known neighborhoods. See everything at my own pace, with the latest issue of Vogue in my bag and a cup of latte.















































phot. me & Sylwia Le